Stałem w kuchni z rękami w kieszeniach, a żona mieszała zupę. „Rozumiem” – powiedziała spokojnie, kiedy powiedziałem, że odchodzę. Bez łez, bez krzyku. Tydzień później wprowadziłem się do Doroty,…

Stałem w kuchni z rękami w kieszeniach, a żona mieszała zupę. „Rozumiem” – powiedziała spokojnie, kiedy powiedziałem, że odchodzę. Bez łez, bez krzyku. Tydzień później wprowadziłem się do Doroty,...

Iwonko, ja już tak nie mogę. Naprawdę nie mogę. Robert stał w kuchni z rękami wsuniętymi w kieszenie spodni. Iwona mieszała zupę w garnku, pachniało koperkiem i świeżym rosołem.

Thumbnail

Na parapecie stały doniczki z ziołami, obok leżały rachunki za prąd i czynsz, które miała później opłacić. Ciągle to samo – ciągnął. Zakupy, rachunki, pranie. Co kupić na obiad, co zrobić w weekend.

Człowiek wraca z pracy i od razu słyszy, że trzeba wynieść śmieci albo coś załatwić. Mam prawie pięćdziesiąt lat, Iwono. Nie chcę tak żyć. Chcę jeszcze coś poczuć, a nie funkcjonować od poniedziałku do niedzieli według listy.

Iwona odłożyła drewnianą łyżkę na talerzyk. Nie krzyknęła, nie zapytała, czy jest inna kobieta, nie rozpłakała się. Spojrzała na niego spokojnie, jakby właśnie poinformował ją, że od jutra zmienia pracę. – Rozumiem – powiedziała.

Robert aż się wyprostował. Przez kilka dni przygotowywał się do tej rozmowy, układał w głowie argumenty o tym, że ludzie się zmieniają, że po tylu latach mają prawo chcieć czegoś innego, że syn jest już dorosły. Był gotowy na pretensje, płacz, wyrzuty. A Iwona tylko zdjęła fartuch.

– Torbę masz na górnej półce w przedpokoju. Tę dużą. Poczuł ukłucie rozczarowania. Właśnie tego się spodziewał – żadnych emocji, żadnego ognia, żadnej walki.

Pomyślał, że miała rację, że Iwona od dawna stała się częścią tego mieszkania, tak samo zwyczajną jak kredens czy czajnik. Wieczorem spakował kilka koszul, spodnie, swetry, kosmetyczkę i wyszedł. Dorota mieszkała po drugiej stronie Wrocławia, na nowym osiedlu niedaleko centrum. Jej mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej niż to, które dzielił z Iwoną.

Jasne ściany, duże lustra, szklany stolik, proste meble, czarne lampy nad kuchenną wyspą. Żadnych serwetek, figurek ani ramek ze zdjęciami. Nawet kuchnia wyglądała, jakby nikt w niej nigdy nie smażył cebuli. Dorota miała czterdzieści kilka lat, zawsze starannie ułożone włosy i taki sposób chodzenia, że człowiek od razu zwracał na nią uwagę.

Pracowała w dużej firmie i kierowała zespołem. Często odbierała telefony wieczorami, mówiła o projektach, spotkaniach i terminach. Robertowi to imponowało. Przy niej czuł się młodszy, lżejszy, jakby jego życie naprawdę zaczynało się od nowa.

Pierwszego ranka siedzieli przy kuchennej wyspie. Dorota miała na sobie miękki szlafrok i trzymała filiżankę kawy. – Robercie, tylko jedna rzecz. Ustalmy to od razu, żeby później nie było nieporozumień.

Nie uznaję takich układów, że kobieta wszystko robi, a facet po pracy siada przed telewizorem. – Też tego nie oczekuję. – No właśnie. Jesteśmy dorosłymi ludźmi.

Partnerstwo to partnerstwo. Nikt nikogo nie obsługuje. – Zgoda. Dorota upiła łyk kawy.

– Sprzątanie, zakupy, gotowanie, pranie. Dzielimy się normalnie. Po połowie. Robert pokiwał głową.

Brzmiało rozsądnie, wręcz nowocześnie. Nie był przecież dzieckiem, potrafił zrobić sobie kanapkę, wstawić pranie czy umyć talerz. A jeśli to miało być ceną za życie bez narzekania i wiecznych rozmów o rachunkach, to naprawdę nie widział problemu. Przez pierwsze dni wszystko wyglądało idealnie.

Rano pili razem kawę, wieczorami wychodzili na kolację albo spacerowali po rynku. Dorota opowiadała o pracy, śmiała się, żartowała. Potrafiła w środku tygodnia zaproponować kieliszek wina bez żadnej okazji. Robert był zachwycony.

Właśnie tego chciał – lekkości, spontaniczności, życia bez ciągłego oglądania się na obowiązki. Dopiero pod koniec drugiego tygodnia dostał od niej wiadomość. Siedział jeszcze w biurze, kiedy telefon zawibrował na biurku: „Kochany, skoro i tak wracasz autem, zrobisz zakupy? ”.

Pod spodem widniała długa lista. Mleko bez laktozy, jajka, łosoś, rukola, pomidorki koktajlowe, awokado, ser, woda gazowana, kawa, pieczywo, oliwki, jogurty. Robert przesunął palcem po ekranie, lista ciągnęła się dalej. Uśmiechnął się pod nosem.

Przecież to nic wielkiego. Po pracy wsiadł do samochodu i zamiast jechać prosto do domu, skręcił w stronę supermarketu. Wziął wózek, otworzył wiadomość od Doroty i ruszył między półki. Na początku naprawdę uważał, że wszystko jest w porządku.

Dorota miała swoje pomysły, on miał ręce do pracy. Tak sobie to tłumaczył. To ona wybierała, co będą jeść w tygodniu, jakie ręczniki pasują do łazienki, jaki płyn do naczyń nie pachnie chemią. „Ten z bergamotką jest dużo lepszy, bardziej elegancki” – mówiła, pokazując mu zdjęcie na telefonie.

Robert kiwał głową. Potem to on odbierał paczkę z paczkomatu, wnosił kartony, robił zakupy. Z początku nawet go to bawiło. Po pracy zajeżdżał do sklepu, wrzucał do wózka kolejne rzeczy z listy i czuł się jak człowiek, który dobrze radzi sobie z dorosłym życiem.

Tyle że listy Doroty robiły się coraz dłuższe. Nie wystarczało kupić chleba, masła i czegoś na obiad. Trzeba było znaleźć konkretny rodzaj sera, odpowiednią oliwę, jogurt bez cukru, świeże zioła, wodę określonej marki. – Robercie, tylko nie bierz tych zwykłych pomidorów.

One są bez smaku. Weź malinowe albo koktajlowe – mówiła przez telefon. – I zobacz, czy mają świeżego łososia. A jak będziesz przy chemii, kup tabletki do zmywarki.

Robert czasem zatrzymywał się między półkami i przewijał wiadomości, żeby sprawdzić, czy czegoś nie pominął. Potem pakował wszystko do bagażnika. Najgorzej było po powrocie. Na parkingu torby nie wydawały się takie ciężkie.

Dopiero przy wejściu do bloku uchwyty wrzynały mu się w dłonie. Jeśli nie znalazł miejsca blisko klatki, robił dwa kursy. Dorota zwykle otwierała mu drzwi. – O, jesteś, super – brała z jednej torby winogrona i od razu szła do salonu.

– Dasz radę zrobić dziś kolację? Mam głowę jak balon po tym spotkaniu. Pierwszym razem Robert się nie przejął. Zrobił makaron z kurczakiem, drugim razem upiekł rybę.

Potem przestał liczyć. Gotowanie po prostu weszło do jego wieczornego planu. Dorota zawsze miała jakiś powód – raz bolał ją kręgosłup, innym razem cały dzień siedziała na trudnym zebraniu, czasem następnego ranka czekała ją prezentacja. Bywało też bardziej prozaicznie.

– Robercie, ja dziś naprawdę nie mogę moczyć rąk – powiedziała kiedyś, pokazując świeżo zrobione paznokcie. – Zobacz, dopiero wyszłam od kosmetyczki. – To co mam zrobić? – Tylko przełóż naczynia do zmywarki i przetrzyj blat.

Nic wielkiego. „Nic wielkiego” – to określenie Dorota lubiła szczególnie. Pranie? Nic wielkiego.

Zmywarka? Nic wielkiego. Kuchnia? Przecież wystarczy przetrzeć płytę, zlew i blat.

Po kilku tygodniach Robert zauważył, że wieczorem porusza się po mieszkaniu niemal automatycznie. Najpierw zakupy, potem gotowanie, później talerze do zmywarki, resztki jedzenia do pojemników, blat do wytarcia, śmieci do wyniesienia. Jeśli pralka skończyła program, trzeba było jeszcze rozwiesić ubrania. A Dorota umiała go tak pochwalić, że całe zmęczenie na moment znikało.

Pewnego wieczoru objęła go od tyłu, kiedy stał przy zlewie. – Robercie, no widzisz. Prawdziwy nowoczesny facet – zaśmiała się i pocałowała go w policzek. – Mój były uważał, że talerz sam wraca do szafki, a ty?

Zero takich staromodnych kompleksów. Robert wyprostował plecy. To działało. Naprawdę działało.

Lubił myśleć o sobie jako o kimś nowoczesnym, samodzielnym, wolnym od dawnych schematów. Nie chciał być tym typem faceta, który po wejściu do domu rzuca skarpetki pod fotel i czeka, aż ktoś postawi przed nim obiad. Więc robił swoje. W sobotę Dorota oznajmiła, że mieszkanie wymaga porządnego sprzątania.

– Ale podzielimy się – zaznaczyła od razu. Robert wziął odkurzacz. Dorota zaczęła układać kosmetyki w łazience. Po kilkunastu minutach siedziała już na kanapie z telefonem w dłoni.

– Robercie, pod sofą też przejedź dobrze. I te półki w sypialni trzeba przetrzeć, tylko ostrożnie z perfumami. Odkurzył, przetarł. Potem umył lustro w łazience, wannę i podłogę.

Kiedy schylał się nad fugami przy brodziku, odezwały mu się plecy. Usiadł na chwilę na zamkniętej desce sedesowej i przetarł czoło. I wtedy, zupełnie niespodziewanie, pomyślał o Iwonie. Przez tyle lat sobotnie porządki właściwie dla niego nie istniały.

Czasem wychodził po coś do sklepu, czasem oglądał telewizję, czasem grzebał przy samochodzie. A kiedy wracał do pokoju, podłoga była czysta, łazienka pachniała świeżością, na suszarce wisiało pranie, w lodówce było jedzenie. Nigdy nie zastanawiał się, kiedy Iwona to wszystko robiła ani ile czasu jej to zajmowało. Robert pokręcił głową.

Nie chciał wracać do takich myśli. Tamto życie było właśnie tą rutyną, od której uciekł. Wstał, wziął gąbkę i jeszcze raz przetarł umywalkę. Z salonu dobiegł głos Doroty:

– Robercie, jak skończysz, zrobisz nam kawę?

– Jasne! – odpowiedział i znów wmówił sobie, że przecież wszystko jest w porządku. Minęło kilka miesięcy. Robert coraz częściej łapał się na tym, że po powrocie z pracy wcale nie odpoczywał.

W biurze kończył jedno, w domu zaczynał drugie. Tu coś trzeba było odebrać, tam skręcić, przestawić, zamówić albo załatwić. Czasem wieczorem siadał wreszcie na kanapie i miał wrażenie, że cały dzień przeleciał mu między palcami. Ale zaraz patrzył na Dorotę i mówił sobie, że przecież sam tego chciał.

Chciał kobiety energicznej, zadbanej, ambitnej, takiej, która nie żyje tylko obiadem i praniem. Dorota właśnie taka była. Wracała z pracy pełna historii, gestykulowała, chodziła po salonie. Robert słuchał i czuł, że uczestniczy w życiu większym, ciekawszym niż to, które zostawił za sobą.

Dlatego nie liczył godzin. Nie chciał ich liczyć. Któregoś czwartkowego wieczoru drzwi do mieszkania otworzyły się gwałtownie. – Robercie!

Dorota weszła do przedpokoju tak szybko, że prawie upuściła torebkę. – Co się stało? – Dostałam. No awans, Boże, Robercie, awans!

– rzuciła mu się na szyję. – Powiedzieli mi dziś po spotkaniu z dyrektorem. Od przyszłego miesiąca przejmuję cały zespół. Robert roześmiał się.

– No to gratulacje. – Wiedziałam, że coś się szykuje, ale nie chciałam zapeszać – chodziła po salonie, nie mogąc usiedzieć w miejscu. – Wiesz, ile lat na to pracowałam? Ile razy słyszałam, że jeszcze nie ten moment, że muszę się wykazać?

No to proszę, w końcu się doczekali. Robert wyjął z szafki butelkę prosecco, którą trzymali na specjalną okazję. – To chyba jest specjalna okazja. – Zdecydowanie.

Usiedli razem przy stole. Dorota już po pierwszym kieliszku zaczęła planować świętowanie. – Trzeba coś zrobić. Zaprośmy kilka osób do restauracji.

Dorota od razu skrzywiła nos. – Nie. W restauracji każdy siedzi sztywno, kelner chodzi nad głową, człowiek patrzy na zegarek. Zróbmy coś u nas.

Tak, bardziej po domowemu. – Tutaj? A czemu nie? Dorota od razu się ożywiła.

Chciała zaprosić kilka osób z pracy – swoją zastępczynię, dwóch kierowników, koleżankę z działu finansowego. Tylko tych, z którymi naprawdę dobrze się dogadywała. Bez wielkiego przyjęcia, kilka osób, jedzenie, dobre wino, muzyka, luźno. – Możemy zrobić w przyszłą sobotę – powiedział Robert.

– Idealnie. – Dorota rozejrzała się po pokoju i nagle zmrużyła oczy. – Tylko wiesz co? Robert znał już ten ton.

– Co? – Przydałoby się tutaj trochę odświeżyć. – Przecież jest dobrze. – Jest dobrze, ale zobacz na tę ścianę.

Jest jakaś taka nijaka. Można by ją przemalować. Robert spojrzał. Dla niego była zwyczajnie jasnoszara.

– Teraz, Robercie, to jedna ściana. Może taki ciepły beż albo coś między piaskowym a kawowym. Po chwili problemem okazał się też regał, który stał jej zdaniem w złym miejscu. Lampa nad stołem była za chłodna.

Stare krzesło w rogu salonu nagle zaczęło wyglądać ciężko. A stół, skoro miało przyjść więcej osób, należało przesunąć bliżej okna. Robert patrzył na nią coraz bardziej podejrzliwie. – Doroto, miało być kilka osób na kolację, a ty planujesz remont.

Roześmiała się. – Jaki remont? Jeden weekend i będzie po wszystkim. Zrobimy razem.

W sobotę rano pojechali do marketu budowlanego. Dorota przez dobre pół godziny porównywała próbki farb. – Ta wpada w róż. – Dla mnie jest beżowa, bo ty nie widzisz tonów.

W końcu wybrała kolor, którego nazwy Robert nawet nie próbował zapamiętać. Do wózka trafiły jeszcze wałki, kuweta, taśma malarska, folia, żarówki, nowa lampa i kilka drobiazgów, których wcześniej w ogóle nie planowali. Przy kasie Robert spojrzał na kwotę. Ponad tysiąc złotych.

Miało być tylko malowanie ściany. Dorota pocałowała go w policzek. – Za to będzie pięknie. Po powrocie Robert ledwo zdążył zdjąć kurtkę.

– Najpierw trzeba odsunąć regał – zdecydowała Dorota. – Chodź, złap z drugiej strony. Podeszła, spróbowała i natychmiast puściła. – Nie czekaj.

Mam wrażenie, że zaraz porysujemy podłogę. Ty masz więcej siły. Ja będę patrzeć, czy idzie prosto. Robert zacisnął zęby i przesunął mebel sam.

Potem zdjął półki ze ściany. Dorota stała kilka kroków dalej z telefonem. – Jeszcze trochę w lewo. Nie, za dużo.

O, teraz dobrze. Potem zrobiła zdjęcie salonu. – Poczekaj, chcę zobaczyć, jak to wygląda na fotografii. Robert rozkładał już folię na podłodze.

Kiedy otworzył puszkę z farbą, Dorota usiadła na sofie i zaczęła przeglądać zdjęcia próbek. – Robercie, no tylko równiutko przy suficie. – Dobrze. – Spojrzał na nią.

– Mieliśmy robić razem. – Przecież robię. Pilnuję, żebyśmy później nie żałowali koloru. Robert wziął wałek i przeciągnął pierwszy pas farby od góry do dołu.

Dorota przyglądała mu się przez chwilę. – Wiesz co? Chyba będzie naprawdę świetnie. Robert nabrał kolejną porcję farby.

Nie odpowiedział, po prostu malował dalej. To, co miało zająć jeden weekend, przeciągnęło się na kilka dni. W poniedziałek Robert wrócił z pracy chwilę po szóstej i już w przedpokoju zobaczył opartą o ścianę paczkę z nową lampą. – Przyszła – powiedziała Dorota z salonu.

– Trzeba ją dziś zawiesić. Robert nawet nie zdążył zdjąć butów. – Dziś? – No przecież nie zostawimy tego do piątku.

Westchnął, ale po kolacji wszedł na drabinę, odkręcił starą lampę, podłączył przewody i przez dobre pół godziny próbował ustawić nową tak, żeby wisiała idealnie nad stołem. Dorota stała kilka metrów dalej. – Trochę bardziej w prawo. Nie, jednak za dużo.

Poprawił. Teraz chyba dobrze. „Chyba” oznaczało kolejne dziesięć minut. Następnego dnia przyszła kolej na drugą warstwę farby.

Robert wrócił zmęczony, zjadł coś na szybko i znowu rozłożył folię. Dorota usiadła na sofie z laptopem. – Muszę odpisać na kilka maili. Po tym awansie wszyscy nagle czegoś ode mnie chcą.

Robert nic nie powiedział. Po pierwszym przejechaniu wałkiem usłyszał:

– Robercie, tu jeszcze prześwituje. – Farba jest mokra. – Wiem, ale zobacz przy rogu.

Westchnął i poprawił. W środę składali nowy, niewielki stolik, który Dorota zamówiła do salonu. A właściwie Robert składał. Dorota siedziała obok i czytała instrukcje.

– Ta śrubka chyba nie tu. – Jest dokładnie tutaj. – Na pewno? – Doroto, mam obrazek przed sobą.

– Dobrze, już nic nie mówię. Kiedy stolik był gotowy, okazało się, że nie pasuje do miejsca, które wcześniej wybrała. – Może jednak przy oknie? Robert przeniósł go.

Dorota zmarszczyła brwi. – Nie, za ciasno. Stolik wrócił na poprzednie miejsce. Potem regał trzeba było przesunąć jeszcze raz.

– Ten regał trzeba przesunąć trochę w lewo – powiedziała. – Przecież ustawialiśmy go w sobotę. – Wtedy nie było lampy. Teraz proporcje są inne.

Robert złapał mebel z boku. – Boże, tylko nie porysuj podłogi. W tym momencie naprawdę miał ochotę coś powiedzieć. Że jeśli tak bardzo boi się o podłogę, może sama potrzymać drugą stronę.

Że po całym dniu pracy nie marzy o przestawianiu mebli o pięć centymetrów. Że to jej przyjęcie, jej koledzy i jej pomysł z małym odświeżeniem. Ale ugryzł się w język. Wiedział, jak ważny był dla niej ten awans.

Od miesięcy o niego walczyła. Chciała dobrze wypaść przed ludźmi, z którymi od teraz miała pracować na innym poziomie. Tłumaczył więc sobie, że jeszcze kilka dni i będzie spokój. W czwartek wieczorem wynosił z piwnicy stare krzesło i kartony, które Dorota uznała nagle za niepotrzebny bałagan.

Potem odkurzał pył spod listew. Następnie przykręcał półki w salonie. Dorota przeszła obok niego, masując kark. – Ja już nie mogę ruszać szyją.

– To może połóż się. – Chyba muszę. Cały dzień siedziałam na spotkaniach. – Zatrzymała się przy półce.

– Tylko ta prawa strona jest chyba milimetr niżej. Robert powoli odłożył śrubokręt. – Doroto. – No co?

Później będzie mnie to drażnić. Poprawił. W piątek został już tylko jeden dzień do przyjęcia. Robert wrócił z pracy wcześniej, przekonany, że wieczorem zrobią wszystko razem.

Trzeba było jeszcze porządnie posprzątać mieszkanie, ustawić stół, przygotować dodatkowe krzesła i zrobić zakupy. Dorota pojawiła się w domu chwilę później. Już od progu wyglądała źle. Zrzuciła buty, położyła torebkę na podłodze i oparła się o ścianę.

– Robercie, ja chyba jestem chora. – Co ci jest? – Głowa mi pęka. Jakoś mnie trzęsie.

Cały tydzień na pełnych obrotach. Wiedziałam, że tak się skończy. – To może odwołamy jutro. Dorota spojrzała na niego tak, jakby zaproponował coś absurdalnego.

– Nie mogę, wszyscy już potwierdzili. Przeszła do sypialni i usiadła na łóżku. – Ja się tylko położę na chwilę, może mi przejdzie. Robert stał w drzwiach.

– A zakupy? Dorota przymknęła oczy. – Lista jest na kuchennym blacie. Wszystko rozpisałam.

– Po chwili dodała słabym głosem: – Robercie, proszę. Ja dzisiaj naprawdę nie mam siły. Na blacie leżała kartka zapisana od góry do dołu. Mięso, sery, warzywa, oliwki, pieczywo, wino, woda, składniki na sałatki, rzeczy do deseru, świeże zioła.

Robert przeczytał całość dwa razy. Godzinę później pchał przed sobą duży wózek w supermarkecie. Przy kasie zapłacił prawie siedemset złotych. Kiedy wrócił pod blok, spojrzał na bagażnik wypełniony po brzegi.

Wniósł pierwsze torby, potem drugie. Uchwyty wrzynały mu się w palce. Do mieszkania musiał wejść kilka razy. Za ostatnim razem zatrzymał się na półpiętrze, postawił reklamówki na podłodze i przez chwilę tylko stał i oddychał.

W torbie na górze leżały produkty na jutrzejszą kolację. Robert patrzył na nie i po raz pierwszy pomyślał bardzo wyraźnie: skoro Dorota nie ma dziś siły nawet na zakupy, to jutro gotowanie też spadnie na niego. W sobotę Robert wstał wcześnie. Dorota spała.

Przez chwilę stał w kuchni i patrzył na torby, które poprzedniego wieczoru ledwo wniósł do mieszkania. Nie było czasu na zastanawianie. Najpierw dokończył to, co zostało po remoncie – zdjął taśmę malarską, poprawił miejsce przy gniazdku, gdzie farba po wyschnięciu wyglądała nierówno, wyniósł folię i puste puszki. Potem zabrał się za sprzątanie: umył podłogę w salonie, wypolerował szklany stół, na którym było widać każdy odcisk palca, przetarł lustro, umywalkę i kabinę prysznicową.

Dorota obudziła się przed południem. Stanęła w drzwiach sypialni owinięta szlafrokiem. – Jak się czujesz? – zapytał Robert.

– Tak sobie. Głowa dalej mnie ćmi. – Rozejrzała się po salonie. – Tylko przesuń jeszcze te dwa krzesła bliżej stołu.

– Dobrze. Dorota wróciła do łóżka. Po chwili usłyszał:

– I możesz trochę ciszej z tymi garnkami, bo mi pulsuje w głowie. Robert zamknął oczy, policzył do trzech i wrócił do kuchni.

Przyjęcie miało zacząć się wieczorem. Lista była długa. Przygotował mięso do pieczenia, zrobił dwie sałatki, pokroił sery, umył warzywa, przygotował pastę do grzanek i sos. Pieczywo pokroił dopiero na końcu, żeby nie wyschło.

Dorota chciała jeszcze deser. Coś prostego, powiedziała wcześniej. Proste okazało się ciastem, które trzeba było upiec, wystudzić i udekorować owocami. Robert co chwilę patrzył na zegarek.

Czas uciekał. Na blacie stały miski, deski, noże i przyprawy. Z piekarnika dochodził zapach mięsa. W zlewie rosła sterta naczyń.

Robert zdjął okulary, przetarł twarz i oparł dłonie o blat. Czuł kręgosłup, ramiona, nawet palce, które od rana ściskały nóż, ścierkę albo gąbkę. Z sypialni nie dochodził żaden dźwięk. Na chwilę zrobiło się zupełnie cicho.

Robert pomyślał, że może Dorota naprawdę źle się czuje. I właśnie wtedy drzwi sypialni się otworzyły. Do przyjścia pierwszych gości została mniej więcej godzina. Dorota weszła do kuchni wyprostowana.

– Chyba mi trochę przeszło. – To dobrze. – Pójdę pod prysznic. Muszę się jeszcze ogarnąć.

Zanim zdążył odpowiedzieć, zniknęła w łazience. Po chwili usłyszał wodę, potem suszarkę. Robert wyciągnął mięso z piekarnika, przykrył je folią, ułożył sery na desce, posprzątał blat, wstawił ostatnie naczynia do zmywarki. Dorota pojawiła się ponownie może dwadzieścia minut przed umówioną godziną.

Robert aż na moment przestał kroić chleb. Miała ułożone włosy, makijaż i ciemnozieloną sukienkę, której wcześniej na niej nie widział. W uszach błyszczały długie kolczyki, pachniała perfumami. Po kobiecie, która jeszcze niedawno prosiła go, żeby nie hałasował, nie zostało ani śladu.

– Jak wyglądam? – Dobrze. Dorota spojrzała na niego uważniej. Robert miał na sobie starą koszulkę, na przedramieniu jasną smugę po farbie, której nie domył poprzedniego dnia.

– Ty też się przebierz. Tylko najpierw wystaw, proszę, te przekąski. Zadzwonił domofon. Dorota natychmiast się uśmiechnęła.

– Są. Podeszła do drzwi. Robert został w kuchni. Po chwili mieszkanie wypełniły głosy.

– Doroto, ale tu pięknie. Świetny kolor, ale zmiana. Dorota śmiała się. – Trochę odświeżyliśmy mieszkanie.

Robert stał przy blacie i układał grzanki. – Wszystko zrobiliśmy sami – dodała Dorota. Ktoś gwizdnął z uznaniem. – Naprawdę?

Nawet ścianę? – Jasne. Cały tydzień się z tym męczyliśmy. Robert zastygł na sekundę.

Potem wziął talerz i wyszedł do salonu. Przywitał się z gośćmi, usiadł może na dwie minuty. Potem Dorota spojrzała na pustą deskę z serami. – Robercie, przyniesiesz jeszcze trochę?

Przyniósł. Za chwilę trzeba było otworzyć kolejną butelkę wina, potem dołożyć pieczywa, potem wyjąć mięso, potem zebrać puste talerze. Dorota siedziała przy stole rozluźniona, uśmiechnięta, opowiadała o pracy, śmiała się, przyjmowała gratulacje. – Doroto, naprawdę wszystko świetnie zorganizowałaś – powiedziała jedna z koleżanek.

– No daj spokój – odpowiedziała z uśmiechem. – Wspólnie daliśmy radę. Robert właśnie niósł stertę talerzy do kuchni. Zatrzymał się.

„Wspólnie”. To słowo zabrzmiało dziwnie znajomo. Nagle zobaczył inne mieszkanie, inny stół, Iwonę stojącą w kuchni. Przypomniał sobie rodzinne spotkania sprzed lat.

„My robiliśmy remont, my przygotowaliśmy kolację. U nas zawsze jest porządek”. Mówił to bez zastanowienia, jakby naprawdę wszystko robili razem. A przecież często nawet nie wiedział, kiedy Iwona zaczynała przygotowania.

Nie wiedział, ile razy szła do sklepu, ile godzin spędzała przy kuchence, kiedy myła podłogę, kiedy prasowała obrus. On przychodził wtedy do gotowego, siadał z gośćmi, rozmawiał, śmiał się. A gdy ktoś chwalił jedzenie albo mieszkanie, przyjmował te słowa zupełnie naturalnie. Tak jak Dorota teraz.

Robert stanął przy zlewie z talerzami w dłoniach. Z salonu dochodził śmiech. Ktoś znowu powiedział coś o pięknym mieszkaniu. Dorota odpowiedziała: „No, trochę pracy nas to kosztowało”.

Robert spojrzał na swoje ręce. Wtedy po raz pierwszy nie pomyślał tylko o Iwonie. Po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, jak wyglądało jej życie przez wszystkie te lata. Goście wyszli późno.

Drzwi zamknęły się za ostatnią parą i w mieszkaniu nagle zrobiło się cicho. Na stole zostały kieliszki, talerzyki, serwetki i pół miski z resztkami jedzenia. W kuchni piętrzyły się naczynia. Dorota zdjęła kolczyki i od razu poszła do sypialni.

– Ale się zmęczyłam. Naprawdę świetny wieczór. Robert nic nie odpowiedział. Stał przy stole i zbierał puste butelki.

– Jutro to ogarniemy! – rzuciła jeszcze Dorota. – Ja już padam. Po chwili zamknęła za sobą drzwi.

Robert został sam. Tym razem nie zaczął sprzątać. Usiadł na kanapie i patrzył na salon, który jeszcze kilka godzin wcześniej wszyscy podziwiali. Na ścianę, którą sam malował.

Na regał, który przesuwał kilka razy. Na stół, który ustawiał pod gości. I znowu słyszał w głowie jedno zdanie: „Wszystko zrobiliśmy sami”. Rano obudził się wcześniej niż Dorota.

W mieszkaniu pachniało winem, pieczonym mięsem i wczorajszym jedzeniem. Robert zebrał śmieci do dwóch dużych worków i wyszedł. Na zewnątrz było chłodno, Wrocław dopiero się budził. Po ulicy przejechał autobus, ktoś wyprowadzał psa, z pobliskiej piekarni ciągnął zapach świeżego pieczywa.

Robert wyrzucił worki i ruszył po chleb. Nie spieszył się. W piekarni była niewielka kolejka. Stanął na końcu i patrzył na półki z bułkami.

Wtedy usłyszał znajomy głos. – Poproszę jeszcze jedną drożdżówkę z serem. Robert odwrócił głowę. Przy ladzie stała Iwona.

Przez chwilę nie był pewien, czy to naprawdę ona. Miała krótsze włosy niż dawniej, jasny płaszcz, prostą torebkę przewieszoną przez ramię. Nie trzymała żadnych reklamówek z zakupami. Nie wyglądała na zmęczoną.

Wręcz przeciwnie – była spokojna. Iwona odwróciła się. W jej twarzy pojawiło się zaskoczenie. – Robercie, cześć.

– Cześć. Przez moment oboje milczeli. – Co ty tutaj robisz? – zapytała.

– Mieszkam niedaleko. – Aha. – Wzięła papierową torbę z pieczywem. – Jak się masz?

Robert chciał powiedzieć, że świetnie, że wszystko jest w porządku. Ale słowa jakoś nie chciały przejść mu przez gardło. – Jakoś leci. A ty?

Iwona uśmiechnęła się. – Dobrze. Naprawdę dobrze. Robert przyjrzał jej się uważniej.

– Wyglądasz inaczej. – Lepiej czy gorzej? – Lepiej. Zaśmiała się cicho.

– To chyba dobrze. Stanęli z boku, żeby nie przeszkadzać innym klientom. – Co u ciebie? – zapytał Robert.

Iwona wzruszyła ramionami. – Dużo się zmieniło. Na przykład zrobiłam remont w mieszkaniu. Robert od razu przypomniał sobie ich stary przedpokój i ścianę, którą od lat planowali odświeżyć.

– Sama? Iwona spojrzała na niego z rozbawieniem. – Nie, wynajęłam ekipę. Drogo, jakieś cztery i pół tysiąca.

Zrobili wszystko w kilka dni. Bez nerwów. Robert skinął głową. Iwona poprawiła pasek torebki.

– Wiesz, po twoim wyjściu przez pierwsze tygodnie było mi dziwnie. Robert spuścił wzrok. – Domyślam się. – A potem nagle zauważyłam coś bardzo prostego.

– Co? – Że mam czas. Mnóstwo czasu. – Mówiła spokojnie, bez pretensji i właśnie to bolało najbardziej.

– Nie gotuję codziennie dwóch dań. Nie prasuję koszul. Nie pilnuję, czy w lodówce jest wszystko na śniadanie. Nie planuję całego tygodnia pod drugą osobę.

Czasem jem kanapkę i jogurt i naprawdę nic się nie dzieje. Świat się nie kończy. Robert próbował odpowiedzieć żartem, ale nie potrafił. – Byłam też kilka dni na Mazurach.

– Sama? – Sama. I bardzo mi się podobało. – Nie nudziłaś się?

– Ani trochę. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Wiesz, Robercie, kiedyś myślałam, że naprawdę jestem taka domowa. Że po prostu lubię gotować, sprzątać i pilnować wszystkiego.

– Zawahała się na moment. – A potem zrozumiałam, że robiłam to, bo ktoś musiał. Robert poczuł ucisk w żołądku. – Ten cały porządek, obiady, czyste rzeczy, zakupy – to nie robiło się samo.

Po prostu ty nie musiałeś o tym myśleć. To zdanie trafiło w niego dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej. Robert zobaczył przed oczami Dorotę przy stole, jej sukienkę, jej uśmiech. „Wszystko zrobiliśmy sami”.

Iwona spojrzała na zegarek. – Muszę lecieć. – Jasne. – Trzymaj się, Robercie.

– Ty też. Odeszła spokojnie, nie odwróciła się. Robert kupił chleb i wrócił do mieszkania. Dorota już nie spała.

Leżała w łóżku z telefonem w ręku. – O, jesteś. Kupiłeś pieczywo? To zrobisz kawę i może jakieś śniadanie.

Głowa mnie boli po wczorajszym. – Przesunęła palcem po ekranie. – A potem trzeba będzie posprzątać salon. Straszny bałagan został.

Robert spojrzał na nią, potem na swoje dłonie. Na skórze przy paznokciu wciąż miał małą plamkę farby. Poszedł do przedpokoju, otworzył szafę i wyciągnął torbę. Dorota pojawiła się w drzwiach kilka minut później.

– Co ty robisz? Robert zapinał zamek. – Wyjeżdżam. – Co?

– Wyjeżdżam. Dorota spojrzała w stronę salonu. – A kto to wszystko posprząta? Robert zarzucił torbę na ramię.

– Przecież mieliśmy dzielić wszystko po równo. Dorota zmarszczyła brwi. Robert otworzył drzwi. – Moją część już zrobiłem.

Wyszedł. Nie wiedział jeszcze, gdzie pojedzie. Do hotelu, do znajomego, może wynajmie coś na kilka dni. Nie miało to teraz większego znaczenia.

Szedł chodnikiem powoli, z torbą na ramieniu. Miasto żyło swoim zwyczajnym rytmem. A Robert po raz pierwszy od wielu miesięcy nie miał w głowie żadnej listy, żadnych zakupów, żadnego obiadu, żadnego sprzątania.

I ta cisza była zaskakująco lekka.